Grupa
MagazynyInternetowe.pl
Czym jest typosquatting i kim są ludzie, którzy się nim parają? W jaki sposób wykorzystują błędy w pisowni adresów internetowych i czy pomyłki te mogą stanowić źródło utrzymania? Jeżeli interesują Was odpowiedzi na te i inne pytania związane z "porywaniem" domen, zapraszam do lektury.
Piotr Dominik
W listopadzie 2007 r. firma McAfee, zajmująca się na co dzień bezpieczeństwem w sieci, opublikowała raport "What's In A Name: The State of Typosquatting 2007", poświęcony w całości zjawiskom typo i cybersquattingu. W raporcie tym przyjrzano się kilku milionom domen. Sprawdzono te, które swoimi nazwami przypominały znane powszechnie serwisy WWW. W wielu bowiem przypadkach takie "podrobione", "porwane" domeny mają za zadanie np. wykradzenie danych odwiedzających je użytkowników. Raport McAfee, poza aspektem bezpieczeństwa w sieci, powinien jeszcze zwrócić naszą uwagę na mało znany i budzący kontrowersje proceder, jakim jest masowa rejestracja domen.
Czym jest typosquatting? Najprościej mówiąc, metoda ta wykorzystuje błędy literowe popełniane podczas wpisywania adresów internetowych w polu adresowym przeglądarki. W rodzimej terminologii często określana jest również mianem "porwania URL". Okazuje się, że takie "porwania URL" są zjawiskiem bardzo powszechnym w sieci, a właściciele "porwanych" w ten sposób adresów często czerpią z tego procederu niemałe zyski.
Cybersquatting - praktyka rejestrowania domen internetowych znanych marek i odsprzedawania ich po zawyżonej cenie osobom lub firmom, które miałyby do nich prawo na mocy prawa o znaku handlowym.
Typosquatting - odmiana cybersquattingu; wykorzystuje błędy w pisowni adresów WWW. Określenie "typosquatting" jest często używane zamiennie z określeniem "URL hijacking" - "porwanie URL".
Wspomniany wcześniej raport opracowano w oparciu o następującą metodę: specjaliści z McAfee stworzyli listę najczęściej odwiedzanych stron WWW. Następnie, stosując różne wariacje dotyczące oryginalnej pisowni domen (np. yuotube.com zamiast youtube.com itp.), odwiedzili blisko 2 mln powstałych w ten sposób adresów internetowych (np. zarejestrowanych jest 8 tys. domen zawierających wyraz "iphone").
Jeżeli strona ładowała się, oznaczana była jako aktywna i w kolejnym etapie przyglądano się takiej stronie m.in. pod kątem obecności linków typu Pay Per Click. Stanowią one bowiem główne źródło dochodu dla właściciela domeny. Co zatem się dzieje, kiedy wpiszemy błędnie adres serwisu, który zamierzaliśmy odwiedzić? Ze sporym prawdopodobieństwem wylądujemy na stronie jednej z firm specjalizujących się w utrzymywaniu "porwanych" domen. Jak mają się takie domeny? Otóż całkiem dobrze, głównie dlatego, że pozwalają właścicielom na zarobienie całkiem sporych pieniędzy dzięki umieszczonym reklamom.
Yahoo.cm, która niewiele ma wspólnego ze znanym wszystkim serwisem yahoo.com, jest domeną zarejestrowaną w Kamerunie, a jej właściciel zarządza wartym ponad 300 mln $ imperium domenowym. Kim jest ten człowiek?
Business 2.0 Magazine określił Kevina Hama, bo o nim mowa, mianem "człowieka, który posiadł internet" oraz "potentata internetowego, o którym nikt nie słyszał". W jaki sposób powstała ta fortuna?
Kevin Ham jest klasycznym przykładem na spełnienie się "amerykańskiego snu" (w wersji od zera do milionera), ale za sprawą internetowej otoczki. Ham jest synem emigrantów z Korei, który razem z trójką braci wychowywał się w Vancouver. Będąc dzieckiem postanowił, że kiedy dorośnie, zostanie lekarzem. Tak też się stało i po zakończeniu nauki rozpoczął pracę w szpitalu. Mniej więcej w tym samym czasie zaczął bliżej interesować się internetem.
Dziś pierwsze przedsięwzięcie Hama może wydawać się dość naiwnym pomysłem, ale pod koniec lat 90. minionego wieku internet nie wyglądał tak jak dziś. HostGlobal, bo taką nazwę nosił stworzony przez Kevina Hama serwis, miał za zadanie usystematyzowanie wiedzy na temat dostawców usług hostingowych. Witryna ta serwowała również reklamy związane z branżą hostingową. W pewnym momencie jej twórca doszedł do wniosku, że ludzie szukający informacji na temat hostingu często poszukują również nazw dla serwisów.
Postanowił więc ułatwić te poszukiwania. Jego kolejne przedsięwzięcie nosiło nazwę DNSindex. DNSindex skupiał nazwy domen, które - naturalnie wcześniej zarejestrowane - wystawiane były na aukcję. Zainteresowanie serwisem przerosło oczekiwania Hama. Trudno się dziwić, że w obliczu tak niespodziewanego sukcesu sam zaczął rejestrować domeny. Już w połowie 2000 roku usługi te zaczęły przynosić miesięcznie większy dochód niż roczna pensja lekarza. Wówczas to kariera medyczna Hama została przerwana.
Dziś domeny, których Ham jest właścicielem, odnotowują 30 mln tzw. unikalnych użytkowników1) miesięcznie. Dla porównania, najpopularniejsza we wrześniu w Polsce witryna Google (zgodnie z opublikowanymi wynikami Megapanel PBI/Gemius) może pochwalić się wynikiem bliskim 11 mln użytkowników. Szacuje się, że tylko na jednej z takich domen Kevin Ham zarabia rocznie ponad 9 tys. $. To chyba niezły wynik, zważywszy że utrzymanie domeny to koszt 15 $ w skali roku.
Powiązane publikacje
Brak komentarzy
Artykuły tego autora:
INFO-CAL, dostawca usług hostingowych i aplikacji internetowych, wprowadził do swojej oferty Hosting Reseller, usługę pozwalającą na świadczenie usług hostingowych. Tym co odróżnia ją od podobnych propozycji na rynku jest duża elastyczność oraz atrakcyjna cena przy zachowaniu bardzo wysokich paramentów technicznych.
Polecamy:
Na skróty:
Magazyny Internetowe| Co za ile| Programy| Praca| Magazyn Internet| Internet Maker| Web Toster| ForumNasze serwisy: